z życia Londynki

PURE LOVE (kiedy Słońce było bogiem)

Ocena użytkowników:  / 4
SłabyŚwietny 

Nigdy nie lubiłam historii. Nie miałam pamięci do dat. Nie lubiłam uczyć się o wojnie. Zwyczajnie bałam się śmierci. Nie czułam wtedy, że oprócz wojen jest spokój. Geografię widziałam raczej obrazami, trudno mi było spamiętać nazwy stolic, a jeszcze przypisać je do miast?

Zawsze lubiłam polski. Śpiewałam w chórze i chodziłam na kółko teatralne. Przez chwilę fascynowała mnie fizyka. Ale miłostka była króciutka, a przydarzyła się raczej za sprawą Marii. Curie, oczywiście. Matematyka w podstawówce była ok. Schody zaczęły się jak poszłam do mat-fiz. No i spadłam na sam dół. Na szczęście ktoś mnie złapał, a dzień był znaczący, bo umarł towarzysz Breżniew. Smutek miał być wielki, ale jakieś dziwne podniecenie wśród profesorów. Jastrząb rzucał ścierą. Radomski był bardziej ponury niż zwykle. Choimowa nagle przestała stukać obcasami. Tajemniczo zniknęła. Kompletnie nie wiedziałam, o co chodzi. Rozmowa zrobiła się kontrolowana, papier na kartki i -co najgorsze - nie było Teleranka. Jakiś sztywny gość w mundurze grzmiał przez niebieski ekran. Dezorientacja była wielka. Ciemność, noc, strach, gniew, ból czyli wojna niestety. Tak się bałam, a przecież powinnam zaufać historii. Ona lubi się powtarzać.

Co znaczy pokój dowiedziałam się później od Jana Pawła II.

Miłości uczyli mnie Dominikanie. Ale poczułam ją dopiero, gdy pewien staruszek pogłaskał mnie po włosach. Nazywali go Twardowski. Takich już nie ma. Niewęgłowski czytał moje wiersze, ale milczał. Mam pisać myślałam? Czy nie? Trzęsienie ziemi przydarzyło mi się jak umarła Szymborska. Ona, to był wzór doskonałości. Potem zajęłam się zwyczajnym życiem, a nie, jakimś pokręconym, bazgroleniem. Wtedy jeszcze wolałam mieć niż być.

Z tego okresu bardzo ciepło wspominam zaproszenie pewnej gazety, na spotkanie na które poszłam z drżącym sercem. To był on, prawdziwy i nawet dotknął mojej ręki. To był Jastrun. Panie Tomaszu pozdrawiam serdecznie. Ach, to imię... mam do niego ogromną słabość. Przy okazji – Tomcio W., dzięki Ci za wiarę. Później siedząc w ławce koło Petelickiej pierwszy raz w życiu ktoś mnie pochwalił. I to nie byle kto, sam Daniel. Passent dla niewtajemniczonych. Przyszedł Urban, nie wszyscy się cieszyli. Fascynowała mnie wówczas wielka Janion. Chyba mój tekst spodobał się jeszcze Sulimie. Reszta nie miała zdania. PR uczył mnie Drzycimski. Później krótkie, lecz silne uczucie do Barcza. Po drodze pewien Maciek z okolic fundacji Schumanna. W międzyczasie nawijał niejaki Longin, a podstawy psychologii objaśniała piękna Korpolewska.

Oj chyba się zagalopowałam, miało być przecież o poezji. A znów wyszło trochę, jakby o mężczyznach. Nie mogę pominąć Wałęsy, choć później lepszy wydał mi się inny. Znałam, też jego córkę. Tę spotkałam na innej, niezłej uczelni. Ona dopiero zaczynała. Niewinna Aleksandra. Po drodze niejaka bufetowa, nalewała mi drinki w agencji "Luiza". Zawsze lubiłam wyraziste kobiety. Nie zdałam państwowego u marszałka województwa, choć w triadzie byłam jedną z najlepszych. Ale wiecie już dlaczego od tego zaczęłam, nie miałam głowy do historii i geografii. Później była tylko nuda - małżeństwem zwana. Różne wzloty i upadki. Piękna pomoc rodziców w trudach wychowania nowego życia. Prawie spowiedź mi wyszła. Czyli ładnie zakończyć wypada.

Mojej cudownej Sąsiadce, z ulicy Wolność:

ona wiedziała więcej,

była bliżej niego,

siedziała przed domem,

na malutkim krzesełku

przyglądała się niezapominajkom,

patrzyła błękitem swych oczu,

łagodnością i dobrocią

przy niej każdy czuł się wyjątkowy

ona wiedziała co znaczy miłość,

--------------------------------------------

dziękuję, że wciąż mi pomagasz...


Agnieszka Ograbek - Dworzyńska  "Poetycka Londynka"