z życia Londynki

Wielka Pani

Ocena użytkowników:  / 4
SłabyŚwietny 

I znów przyszła nieproszona, dokładnie o tej samej porze. Wypłoszyła większość ptaków, inne zwierzęta widząc ją zaczęły robić zapasy. Ubrała się przepięknie, jak co roku. Jej sukienki nie wymyślił Armani, nie była też pomysłem Diora, małe szanse by śnił o niej Karl Lagerfeld, a Gok Wan może jedynie pomarzyć...

... Złociste włosy przewiązała kasztanową chustą. Odziana w pomarańcz, ochrę i wszystkie odcienie brązu dumnie spaceruje po parku. Jej rudości wzbudzają zachwyt, lśniąc w promieniach wychodzącego coraz rzadziej słońca. Na jej rękach dzwonią bransoletki z karminowej jarzębiny. Na szyi połyskują naszyjniki ze świeżych kasztanów. Otulona jest szalem z liści wtedy najlepiej widać, jaka jest stylowa. Jej liście przebarwiają się na purpurowo, mienią się szkarłatem, inne są miodowe, marchewkowe, spiżowe lub piwne. Uwielbiają ją grzybiarze, kłaniają się w pas schylając po następnego borowika. Lubią ją dzieci, które biegają pod dębami wyszukując żołędzi. Te nieco większe wyszukują najpiękniejszych liści do szkolnego albumu.  Ludzie starsi po kieszeniach chowają na szczęście kasztany, wiedzą, że to owoce o pozytywnej energii, dodatkowo dobre na reumatyzm. Niektórzy się jej boją, lękają, że zabrała słońce, wydłużyła noc. Brakuje im światła, dlatego się smucą, martwią i płaczą bez wyraźnego powodu. Innych nastraja refleksyjnie, zachęca do zadumy i rozliczeń. Kojarzy się z ważnym świętem, gdy czcimy pamięć bliskich, wspominamy ich, odwiedzamy groby i modlimy za wszystkich, którzy odeszli.  

Chodzi nasza dama po wybiegu budząc respekt. Jest bardzo silna, burzy porządek, niszczy i zabiera. Przemienia soczystą malachitową zieleń, w zgniłe, butelkowe, oliwkowe odcienie. Wiele roślin butwieje, zamiera albo wchodzi w fazę przetrwania.  Jej nadejście zwiastują wrzosy, które zmieniają nieco jej paletę barw. Szeleści, dmucha, rozgania suche liście. Zwykle jest ponura, nieprzystępna, przynosi słotę. Częstuje nas kapuśniaczkiem i poranną mgłą. Chyba jest Angielką z wyższych sfer, pewna siebie, pełna dystansu i dumy. Często się złości wyganiając wszystkich z parku ulewą. Jak ma dobry humor trzyma w rękach wielki bukiet białych chryzantem.  Czasem się uśmiecha, ogrzewa, dodaje otuchy,  rozgania szarość, proponuje odrobinę złota, tycjanu i miedzi. Rozświetla, ozłaca, ukazując głębie swojego piękna. Aż trudno uwierzyć, że są kraje, których nigdy nie odwiedza. I choć często mam pokusę by jak ptaki uciec od niej daleko do słońca, lubię podziwiać jej niewiarygodne barwy, iść do parku poszurać suchymi liśćmi. Mimo, że niezmiennie, co roku mnie zasmuca, to myślę, że jest potrzebna. Spowalnia, zmienia rytm, trochę usypia, naturalnie zmniejsza naszą aktywność. Zachęca do przemyśleń, zatrzymania, większej uważności. Pokazuje, że zmiany są niezbędne, nic nie jest stałe i dane na zawsze. Ale wraz z wiatrem niesie też nadzieję, bo przecież nawet ona w końcu odchodzi…

Jesienna Londynka                                                                                  (fot. Teresa Zaręba) 

PS. Zapomniałam - oczywiście chodzi w kaloszach!