z życia Londynki

Mała czarna

Ocena użytkowników:  / 2
SłabyŚwietny 

Mała czarna – ktoś pomyśli każda elegancka kobieta ma dyżurną w szafie. Dobra na wszystkie okazje. Wszystko zależy od dodatków. Z eleganckim kapeluszem można w niej iść na herbatkę do królowej, z żakietem zwyczajnie do pracy, przypinając piękną, starą broszkę po babci, oblecimy raut w ambasadzie, ze srebrnym szalem przyda się na sylwestra. 

Mój ulubiony wariant jest minimalistyczny – seksowną małą czarną skrapiam obwicie wieczorowymi perfumami i to one mnie ubierają. Ich zapach wymusza mój zmysłowy ruch bioder, wzmacnia poczucie kobiecości, emanuje wtedy wyjątkowością i wyrafinowaniem. Mimo, że nie lubię czarnego, bo postarza, nie każdemu pasuje, w naszej kulturze kojarzy się ze śmiercią i żałobą, to ma zaletę, która wygrywa ze wszystkimi wadami – wyszczupla! Ale wcale nie o takiej małej czarnej chciałam pisać. Właśnie spóźniłam się na samolot do ojczyzny. Pierwszy raz zawiodłam się na customer service. Do tej pory myślałam, że w UK towar może być nie najlepszy, usługa nie do końca wykonana dokładnie, ale podejście do klienta zwykle wydawało mi się wzorcowe. 

Po trzech godzinach spędzonych nerwowo w londyńskich korkach dotarłam wreszcie na lotnisko. Miałam pół godziny, życzliwi towarzysze niedoli przepuszczali mnie w kolejce do odprawy, niestety zawiedli mnie absolutnie brytyjscy pracownicy security. Byli oni wyjątkowo nieczuli na moje błagania, że nie znałam Bin Ladena i za chwilę mam samolot i proszę, by wreszcie się mną zajęli, a właściwie moim bagażem. Miałam pecha- uwzięli się właśnie na moją torbę, pewnie dlatego, że nowa i od „Primaniego”. Przeszukiwania robili z iście angielską flegmą, złośliwie spowalniali procedurę. Tajemniczą szczotką do kibla przeczesali najmniejszą rzecz w mojej walizeczce. Zafascynowani tajemnym ręczniczkiem z mikrofibry dla mojego ukochanego pieska i innym cudom z „funcika”, poprzez stopki do butów z gąbkami, reklamowanej w telewizji popielniczce niwelującej zapach papierosów, pięciokrotnie powiększającego lusterka i innych prezentowych gadżetów,  nie przepuścili też moich różnokolorowych stringów. Oglądali dokładnie przeterminowane ciastka z Sainsbury oraz kanapkę z atlantyckim tuńczykiem z rukolą. Sprawdzali skład oleju arganowego do włosów, a cacao oil mieli ochotę spróbować (pewnie z powodu cudownego zapachu czekolady). Ważyli, wąchali, przekładali. Krótko mówiąc zabrali mi z życia około 20 minut i mimo, że biegłam później jak Pistorius (zanim go wsadzili) to przy bramce byłam 10 min przed odlotem samolotu i okazało się, że nic już  nie da się zrobić. 

I całe to zdarzenie skłoniło mnie do refleksji nad małą czarną, a właściwie nie małą tylko dużą, i w istocie nie czarną lecz biało - czarną. Dlaczego chcąc zrobić coś dla siebie, po szaleńczym biegu, upokorzeniach przy kontroli (bo nie każdy jest godzien dotykać moich jedwabnych dessoux), po wydaniu 120 GBP na nowy bilet i perspektywie spędzenia romantycznej nocy na lotnisku pomyślałam właśnie o niej, nie o telefonie do przyjaciela, nie o zakupach, które uwielbiam, nawet nie o słodyczach od których jestem uzależniona lecz właśnie o niej: gorącej, aromatycznej z gęstą białą pianą, i wcale nie chodzi mi o kąpiel w wannie. Tym razem bardzo mocną i ze względu na wyjątkowość sytuacji z nutą creme brulee. Co magicznego jest w tym od stuleciu znanym napoju? I mimo, że badacze twierdzą iż działa dopiero po pół godzinie, ja po pierwszym łyku poczułam się lepiej. Wszystko stało się proste, osiągnęłam stan zbliżony do medytacji, chciałam wykrzyczeć CHWILO TRWAJ. Dlaczego nie wyobrażam sobie poranka bez jej gorzkiego smaku? Uwielbiam lekkiego kopa po kofeinie, gdy moje zbyt niskie ciśnienie zmienia się w normalne, moje leniwe serduszko przyspiesza, a dzięki rozszerzeniu naczyń krwionośnych oskrzeli mój organizm jest lepiej dotleniony. Mój mózg zwiększa zdolność koncentracji. Gdy do tego pomyślę, że jedna filiżanka dziennie zmniejsza o 20% ryzyko wystąpienia marskości alkoholowej, zmniejsza znacznie ryzyko zachorowanie na Alzheimera i Parkinsona, a cukrzycę typu II aż o  50% (za sprawą kwasu chlorogenowego). Od razu czuję się dużo zdrowsza. A już Kochanowski wiedział, że właśnie zdrowie jest najważniejsze. I tak po chwili staję się już superwoman. I pewnie  właśnie po to, by docenić wyjątkowość tak zwykłej a jednak niezwykłej czynności jak picie kawy, miałam zatrzymać się na chwilę i pochylić nad filiżanką małej czarnej na Stansted. A może to spisek naczelnego bym wreszcie coś napisała...  

Kawowa Londynka