IDOL ANALFABETÓW

IDOL ANALFABETÓW

Paweł Tanajno – przedsiębiorca i polityk (PO, Ruch Palikota, DB) bez żenady napisał na...

Dwie Polski, czyli – Plwajmy na tę skorupę

Dwie Polski, czyli – Plwajmy na tę skorupę

Dwie Polski, czyli – Plwajmy na tę skorupę Cmentarz to być może najlepsze miejsce do...

MEDIA - PIERWSZA WŁADZA

MEDIA - PIERWSZA WŁADZA

MEDIA - PIERWSZA WŁADZA     Media żerują na naszej frustracji i strachu, na żądaniu...

A mógł powiedzieć:

A mógł powiedzieć:"Kryśka - znajdź se chłopa!"

Ulubionym zawołaniem posłanki Pawłowicz jest: „Zamknij mordę!”, kierowane do bliźnich,...

Nowa energia, nowa Polska.. z ciocią w tle

Nowa energia, nowa Polska.. z ciocią w tle

Musiał minąć ponad tydzień, żebym nabrał dystansu do wydarzeń przed Pałacem...

Wypieprzyć Polskę z Unii Europejskiej!

Wypieprzyć Polskę z Unii Europejskiej!

Unia Europejska powinna wywalić Polskę na zbitą mordę, nie bawić się w procedury,...

Przeciw bolszewizacji prawa

Przeciw bolszewizacji prawa

Dzień 16 lipca zapewne przejdzie do historii najnowszej państwa polskiego, ponieważ – w...

PARTIA CZY POLSKA?

PARTIA CZY POLSKA?

PARTIA CZY POLSKA? Jak to możliwe, że system wyborczy tak prosty i jasny jak ordynacja...

Macierewicz to nie wariat – jest znacznie gorzej

Macierewicz to nie wariat – jest znacznie gorzej

Antoniego Macierewicza uważałem do wczoraj za wariata, idealnie wpisującego się do...

Por. Stefan Mustafa Abramowicz - Wspaniały przykład oddania Ojczyźnie

Por. Stefan Mustafa Abramowicz - Wspaniały przykład oddania Ojczyźnie

Por. Stefan Mustafa Abramowicz - Wspaniały przykład oddania Ojczyźnie Ale pomimo...

wielkanoc 2017

wielkanoc 2017

{jcomments on}

UPOLITYCZNIONE SZKOŁY, CZYLI O CO CHODZI Z TYM STRAJKIEM?

UPOLITYCZNIONE SZKOŁY, CZYLI O CO CHODZI Z TYM STRAJKIEM?

UPOLITYCZNIONE SZKOŁY, CZYLI O CO CHODZI Z TYM STRAJKIEM? Protesty grup zawodowych...

Ręce precz od samorządów!

Ręce precz od samorządów!

  Ręce precz od samorządów! Rola samorządów w państwie zależy od całościowej jego...

rżnięcie

rżnięcie

  Krzysztof {jcomments on}

TUSK GWOŹDZIEM DO PISOWSKIEJ TRUMNY

TUSK GWOŹDZIEM DO PISOWSKIEJ TRUMNY

Już wiadomo, że za chwilę PiS będzie fetował swoją klęskę jako zwycięstwo, tym...

PRZEKLĘTY DAR WOLNOŚCI ..... i trochę o drzewach

PRZEKLĘTY DAR WOLNOŚCI ..... i trochę o drzewach

PRZEKLĘTY DAR WOLNOŚCI ..... i trochę o drzewach   „Wolność jest wielkim darem. Nie...

PiS czyli: Poniżać i Szmacić  (cz.I)

PiS czyli: Poniżać i Szmacić (cz.I)

Na Facebooku opublikowałem komentarz dotyczący, cierpiącej na bezjajowość opozycji...

EDUKACJA MARIONETEK

EDUKACJA MARIONETEK

            EDUKACJA MARIONETEK   Społeczeństwa istnieją dzięki posłuszeństwu: wobec...

TYLKO U NAS! Dlaczego PiS popiera wycinanie drzew? Odkrywamy prawdziwe powody.

TYLKO U NAS! Dlaczego PiS popiera wycinanie drzew? Odkrywamy prawdziwe powody.

Najpierw, jak jakiś najgorszy lewak, oburzałem się, na to, że minister Szyszko...

GRUBA BALETNICA, CZYLI EGALITARYZM W EDUKACJI

GRUBA BALETNICA, CZYLI EGALITARYZM W EDUKACJI

GRUBA BALETNICA, CZYLI EGALITARYZM W EDUKACJI   Największym problemem nauczycieli i...

władza

władza

     Krzysztof    {jcomments on}

cywilizacyjne dylematy Europy

cywilizacyjne dylematy Europy

Głośnym ostatnio stał się wywiad Jarosława Kaczyńskiego udzielony niemieckiemu...

mimozy

mimozy

{jcomments on}Krztsztof

„Bolek” czy nie? Nigdy się nie dowiemy

„Bolek” czy nie? Nigdy się nie dowiemy

Wałęsa wszedł już do światowej historii i nic ani nikt go stamtąd nie wymaże, a...

33 tys. znaków na temat szkolnictwa

33 tys. znaków na temat szkolnictwa

„Kwestia szkolna" jest istotną częścią „kwestii polskiej", tego, czym żyjemy i jak...

"W naszym angielskim domu" - Janusz Młynarski

W Anglii nawet plemniki mają depresję

Ocena użytkowników:  / 5
SłabyŚwietny 

Czy mój palec zmartwychwstanie? Mors w kolorze denaturatu i ciężarna Sharon. W upały najprzyjemniej jest w kostnicy. Koniec kaczek i bąków. Turek czyli Polak. Sitcom czy wariatkowo. W Anglii nawet plemniki mają depresję. Luciano strzela z laski. Spaghetti prosto z nosa.

Widok młotka, dłuta, piły, wiertarki, czy noży nie robi na mnie wrażenia, chyba, że wymienione narzędzia mają być użyte przeciwko mnie. Nie przejmowałem się jednak zbytnio, ponieważ byłem przekonany, że czeka mnie narkoza. Niestety, anestezjolog zamiast mnie uśpić, zrobił mi cztery zastrzyki, wszystkie w stopę. Już wiedziałem, że skończy się na znieczuleniu miejscowym, co oznacza, że bólu czuć nie będę, ale wszystko będę słyszał. I tak było. Zastanawiałem się, gdzie powędruje mój palec, czy zostanie spalony, czy pochowany i czy wróci do mnie po zmartwychwstaniu?

                                                     ***

Po zabiegu, który trwał około 20 minut zostałem natychmiast zawieziony do mojej sali, gdzie zjadłem kolację. Zaraz po niej udałem się na papierosa, o własnych siłach zresztą. Większość palaczy była jeszcze na kolacji, bo w „podcieniach” było raczej pustawo, ale spotkałem dwoje interesujących ludzi. Pierwszym z nich był bardzo chudy mężczyzna na wózku, w nieokreślonym wieku, siwowłosy. Zaintrygowała mnie jego skóra – miała kolor rozcieńczonego denaturatu, oczy też były niezwykłe, ponieważ otaczały je granatowe obwódki, z nosa zwisały mu dwie plastykowe rurki, które nie były do niczego podłączone. Wyglądał jak mors-anorektyk, bo te rurki przypominały trochę kły. „Mors” wyjął papierosa i z lubością się zaciągnął, wypuszczając dym rurkami. Nie wytrzymałem i spytałem, czy to jedyne przeznaczenie tych rurek? Okazało się, że nie, że gdy wraca do łóżka podłączają go do czegoś i on z tego czegoś, coś wdycha, ale nie wiem co bo nie zrozumiałem. Chciałem się jeszcze dowiedzieć, czemu zawdzięcza ów oryginalny kolor skóry, czy przypadkiem nie chorobie zwanej porfirią, ale wstydziłem się, choć takie pytania były na porządku dziennym i pacjenci nawet nie pytani opowiadali chętnie o swoich dolegliwościach.

Drugą osobą była dziewczyna o imieniu Sharon, lat 20. Ładna, szczuplutka szatynka, ciężarna. Jej brzuch był tak olbrzymi, że mogło się tam zmieścić duże dziecko i to od razu z wózkiem. Ponadto „towarzyszył” jej stojak kroplówką. Poprosiła nie o zapalniczkę, a później zainteresowała się powodem mojego pobytu w szpitalu. Opowiedziałem jej pokrótce i zapytałem dlaczego ona znalazła się tutaj. Okazało się, że jest na patologii ciąży, jakieś komplikacje, ale jest dobrej myśli, bo przy pierwszej ciąży też tak było i , mimo tego, szczęśliwie urodziła. Ciekaw byłem, czy lekarz nie zabronił jej palenia (przy mnie wypaliła pięć papierosów).

- Tu lekarze niczego nie zabraniają, najwyżej sugerują. - wtrącił „Wampir”, a Sharon przytaknęła.

                                                        ***

W lipcu i sierpniu panowały w Londynie upały nie do zniesienia, a w szpitalnej sali było jeszcze goręcej niż na zewnątrz. Moim największym marzeniem było zmarznąć. Okien nie wolno było otwierać, bo staruszkowie wrzeszczeli, że im zimno. Przeklinałem ich w duchu i szczerze za to nienawidziłem. Najgorzej było w nocy, ponieważ nie można było wyjść na zewnątrz, więc co 10 minut brałem zimny prysznic. Chociaż „zimny”, to nie jest właściwe określenie, ponieważ zimna woda była ciepła, a ciepła, była tak gorąca, że ugotowanie wołowiny trwałoby kilka minut, toteż nawet w trakcie kąpieli się pociłem, tyle, że mniej.

Jedynym miejscem, gdzie panował  przyjemny chłodek, była zapewne kostnica. Już nawet chciałem poprosić dyrekcję szpitala, by wyraziła zgodę, na przeniesienie mnie do niej, ale to na pewno jacyś cholerni formaliści, więc stwierdziliby, że się jeszcze nie kwalifikuję. Upały bardzo lubię, pod warunkiem, że pół metra ode mnie faluje sobie morze, a w zasięgu ręki stoi pięć wiader lodowatego piwa.

Z powodu owego gorąca miałem tylko dwa rodzaje snów: arktyczne i antarktyczne - śniło mi się, że leżę sobie na krze, z której co kilka minut skaczę do morza, nurkuję wraz z białymi misiami, ale kiedy jeden z nich zaczął mi się dziwnie przyglądać, mlaskając jęzorem, przeniosłem się na Antarktydę, na której białe misie są nieobecne. Pływałem z fokami, skakałem z wielorybów. Najfajniej bawiło mi się z morświnami – zaakceptowały mnie od razu, być może dlatego, że nie różniłem się od nich wyglądem. Te sny były naprawdę zbawcze, ponieważ budziłem się przykryty kołdrą, co oznaczało, że jednak udało mi się zmarznąć.

                                                       ***

Ależ te pielęgniarki cackają się z pacjentami. Byłem w niezłym szoku, kiedy zobaczyłem, jakich to operacji dokonują, że przenieść pacjenta z łóżka na wózek, lub odwrotnie. Tak się składa, że oprócz mnie nikt w mojej sali nie może poruszać się samodzielnie, dlatego w razie potrzeby, konieczne jest przeniesienie. Tak na oko każdy z nich nie waży więcej niż 30 kilogramów. W polskim szpitalu bez względu na to, czy pacjent waży 20 czy 120 kg, pielęgniarka bierze go za bety i w ciągu paru sekund facet jest usadzony, a tu, uwaga, wjeżdża dźwig, przy pomocy, którego można zmontować wieżowiec z wielkiej płyty, a za nim wpada cztery pielęgniarki. Więcej nie widać, ale słychać, głównie jęki, bo męczy się pacjent i pielęgniarki – z wysiłku, bo cały dowcip polega na tym, żeby go wsadzić w siodełko i nie sprawić mu przy tym bólu. W trakcie tej akcji dochodzi jeszcze piąta pielęgniarka, która jest nawigatorką. Koleś już siedzi w siodełku i teraz dźwig go podnosi, a on – mimo tego certolenia się z nim – i tak jęczy. Wszystko trwa od 25. minut, do pół godziny. Facet sobie trochę posiedzi, wywiozą go na powietrze i znów dźwig, i do łóżka.

                                                        ***

Hurrraaaa! Znalazłem wreszcie miejsce, gdzie jest chłodno! Kaplica, ekumeniczna oczywiście. Ławki wygodne, tyle, że nudno i palić nie wolno, ale niedługo się nacieszyłem tym chłodem, bo zaczęli się schodzić jacyś brodaci ludzie bo zaczęli się schodzić jacyś brodaci ludzie, a zza ołtarza wyszedł, również brodaty facet w długiej, połyskującej beżowej szacie. Miał na głowie, coś, co przypominało pogięty czajnik. Wychodząc spojrzałem na tabliczkę informującą o tym, kto w jakich godzinach korzysta z tej kaplicy, ale nie mogłem tego czajnika do żadnej wiary dopasować, no, ale skoro istnieje Kościół Wielkiego Potwora Spaghetti, to i wierzący w czajniki też mają prawo oddawać im cześć. Inną sprawą jest, że łatwiej wierzyć w czajniki, bo znacznie łatwiej je napotkać niż Boga. Tak więc, to „hurrraaa” odwołuję.

                                                     ***

Te dziewczyny, mam na myśli pielęgniarki i w ogóle cały personel są naprawdę kochane. Uwijają się jak pszczółki, cierpliwe, zawsze uśmiechnięte, bez względu na, to czy to początek, czy koniec zmiany. Jednak czasami ma wrażenie, że trochę się gubią, co bywa denerwujące, przynajmniej z mojego punktu widzenia, ponieważ ów chaos dotyka mnie bezpośrednio. Opatrunek mam zmieniany codziennie. Pielęgniarka wjeżdża niewielkim wózkiem, na którym ułożone są bandaże, środki dezynfekcyjne i różne takie tam tampony. Zaciąga zasłonę i zdejmuje mi opatrunek. |I w tym momencie, coś sobie przypomina. Obiecując, że zaraz wróci, oddala się. Jej nieobecność trwa godzinę, lub więcej, a ja czekam z otwartą raną i -oczywiście – dostaję szału. Gdy wraca dziwi się, że jak tak leżę bez opatrunku. I tak niestety było codziennie, więc po którymś razie zażądałem, by nie odchodziła od mojego łóżka dopóki nie skończy.

                                                            ***

Kolejny obchód profesora z całą świtą. Ogląda moją stopę, wyjaśnia coś studentom, pyta mnie o samopoczucie. Odrzekłem, że nie jest źle, ale, że najbardziej doskwiera mi gorąco i marzę o tym, żeby trafić do lodówki z nieboszczykami lub przynajmniej poleżeć na zimnym stole w prosektorium. Profesor z uśmiechem odpowiedział, że przyjdzie i na to czas, ale na razie się nie kwalifikuję.

                                                            ***

Deficyt pokarmowy uzupełniam dzięki Perełce. Bywa u mnie codziennie, choć na dojazd traci ponad dwie godziny, w obie strony. Dowozi  różne wiktuały, głównie owoce i jogurty, pieczywo chrupkie itp. Mam wyrzuty sumienia, że ją tak absorbuję – dwa tygodnie temu umarła jej mama, spędziła w Polsce miesiąc bywając u niej codziennie w szpitalu. Napatrzyła się na cierpienie, później jeszcze pogrzeb, sprawy spadkowe, urzędy, notariusze i kiedy wreszcie wróciła z tej Warszawy, znów codziennie do szpitala. Płakać mi się chciało, gdy o niej myślałem. Udało mi się wreszcie ją przekonać, że nie jestem obłożnie chory, a i apetyt mi już mija, poza tym odkryłem niedaleko normalny sklep, w którym mogłem się we wszystko zaopatrzyć.

                                                            ***

Mój pobyt w szpitalu dobiegał powoli końca. Trochę żałowałem, bo skład osobowy w mojej sali zmienił się całkowicie. Pewnego dnia czterech uciążliwych staruszków zniknęło, a na ich miejsce pojawili się nowi, ale sprawni umysłowo i fizycznie, do tego jeszcze byli to prawdziwi Anglicy, z nienagannymi manierami, o ustalonych zwyczajach, powściągliwi, a jednocześnie pełni poczucia umoru (angielskiego, oczywiście). Skończyły się jęki, bąki i kaczki na stolikach. 

                                                    ***

Kolejny obchód. Profesor ogląda miejsce, w którym jeszcze niedawno tkwił mój palec, a po kwadransie dostaję wiadomość, że dziś mnie wypisują, tyle, że nie do domu, ale do ośrodka opieki poszpitalnej, ponieważ nadal wymagam opieki medycznej już nie tak zaawansowanej, właściwie to tylko zmiany opatrunków.

                                                            ***

Ponieważ nie było wolnego ambulansu NHS zafundował mi taksówkę, jednak zanim to się stało odwiedził mnie dyrektor placówki, do której miano mnie przewieźć. Zachwalał ośrodek, jak - nie przymierzając – akwizytor, „Oriflame”, lub innego „Amwaya” wzbudziło moje podejrzenia, a im bardziej zachwalał, tym bardziej w te obiecywane luksusy wątpiłem. Na koniec powiedział, że jeśli mi się nie spodoba, mogę wybrać inne miejsce. No cóż, postanowił skorzystać z tej oferty. Na taksówkę czekałem przeszło godzinę, taksówkarz tyle samo. Staliśmy koło siebie, pożyczał ode mnie zapalniczkę, ale nie wiedzieliśmy, że czekamy na siebie, a wszystko przez to, że nie zrozumiał pielęgniarki, która taksówkę zamawiała. Nie zdziwiło mnie to, bo facet był z angielskim raczej na bakier. Kiedy już się z nim zgadałem, powiedział, że czeka na jakiegoś gościa, a gościa nie ma. Dzięki swojej wybitnej inteligencji doszedłem do wniosku, że może czekać na mnie. Pokazał mi nazwisko tego gościa i okazało się, że to ja. Przez całą drogę narzekał na swoją dolę, zaznajamiając mnie jednocześnie z sytuacją rodzinną. Myślałem, że jest Turkiem, albo jakimś bliskowschodnim człowiekiem, miał bowiem lekko ciemną karnację i sumiasty, smolisty wąs, ale przede wszystkim „tamtejszy” akcent. Kiedy już u kresu podróży zapytałem skąd jest odpowiedział: -From Poland. No, tego, to akurat najmniej się spodziewałem! Ale, że po nazwisku się nie zorientował?! Nie było jednak czasu, żeby to wyjaśnić, bo w drzwiach czekał na mnie komitet powitalny.

                                                     ***

Budynek już z daleka lśnił nowością, a z bliska jeszcze bardziej. Osoby witające mnie w drzwiach były uroczymi pielęgniarkami odzianymi w uniformy koloru wrzosowego. Dołączył do nich dyrektor, z którym widziałem się w szpitalu oraz kobieta w granatowym uniformie. Na początku wszystkie panie mówiły do mnie „sir”, ale już po chwili przeszły na „my dear” i „darling”, co -jak sądziłem- oznaczało, że zakochały się w mnie od pierwszego wejrzenia. Pomyślałem sobie, że prawdopodobnie jestem zbyt krytyczny wobec własnej urody. Dodam, że panie były młodymi dziewczynami. Niestety, później owo dobre samopoczucie mi odeszło, kiedy usłyszałem, że zwracają się tak do wszystkich pensjonariuszy, bez względu na wiek i powierzchowność.

Znalazłem się w dużym, jasno oświetlonym, przestronnym holu, w którym , na ścianach dominowała zieleń i barwa kości słoniowej oraz naturalne drewno, z którego wykonane były drzwi, okna oraz recepcja. W głębi holu znajdował się podświetlony na zielono... bar. Na półkach stały butelki z alkoholem nad nimi duży, świecący napis: „Bistro”. Zgrabne, okrągłe stoliki i delikatnej konstrukcji krzesła, z tego samego drewna co okna i recepcja. Na ścianach obrazy utrzymane w podobnej tonacji co ściany. Zgłupiałem, ale zachowałem kamienną twarz, żeby mnie za jakiegoś, polskiego buraka nie wzięli. Wjechaliśmy windą na pierwsze piętro. Znaleźliśmy się w niewielkim holu. Panie poprosiły mnie, żebym usiadł w fotelu i zaczekał chwilę. Rozejrzałem się. Też pięknie i elegancko, jak w dobrym hotelu.Pachnąco, czysto, jasno. Zatopiłem się w myślach, dlatego nie zauważyłem, że stoi przede mną bardzo starsza, niewiarygodnie chuda pani opierająca się na tzw. chodziku i patrzy na mnie z uśmiechem i mówi

- Jak się masz mamusiu?

Obejrzałem się, bo przecież te słowa nie mogły być skierowane do mnie. Ale były, bo poza mną i ową panią, nikogo ani w pobliżu, ani w oddali nie było. -Przytul mnie mamusiu i powiedz co u Jeffa i Margaret?

Próbowałem wyjaśnić, że nie jestem jej rodzicielką i absolutnie nie mam pojęcia co u Jeffa i Margaret, ale do niej to raczej nie docierało. Byłem tą całą sytuacją zakłopotany, bo moja „córka” stawała się natarczywa, na szczęście na horyzoncie pojawiły się pielęgniarki. Jedna zaopiekowała się „córką”, a pozostałe zaprowadziły mnie do mojego pokoju.

                                                     ***

Wyposażenie skromne, acz niezbędne. Łazienka ze wszystkimi udogodnieniami, duże szerokie łóżko z regulowaną wysokością, nie żadne szpitalne, tylko normalne, drewniane, biurko, półokrągły stolik, szafa, szafka nocna z lampką i wiatrakiem, na ścianie duży telewizor, płaski oczywiście. Jedna z pielęgniarek poinstruowała mnie co i jak. Jeśli będę czegoś potrzebował, to jest od tego kabel z przyciskiem i mogę z niego korzystać z dowolnego powodu, nie tylko jak mam atak serca, ale również, gdy mam ochotę na tosta, kawę, czy rozmowę.

Po chrapiącym i jęczącym towarzystwie szpitalnym, nowe miejsce wydało mi się rajem. Po tym wszystkim przypomniałem sobie, że długo nie paliłem, więc zapytałem, czy mogę wyjść na zewnątrz zapalić, a pani mi na, to, że nie ma takiej potrzeby, bo jest odpowiednie miejsce dla palaczy. Zaprowadziła mnie, a właściwie zawiozła mnie na „terrace garden”, który znajdował się na dachu budynku. Część zajmował spory trawnik wokół, natomiast reszta była wyłożona płytami z piaskowca, były tam też stoliki z parasolami i popielniczki. Szok! Wracając zauważyłem po drodze drzwi, nad którymi widniał napis: „Knightbridge Restaurant”, zajrzałem do wewnątrz, a tam rzeczywiście jak w restauracji, i to dobrej! Solidne, duże stoły z jasnego drewna i wyściełane pasiastą tkaniną krzesła, ale było pusto. Jak przekonałem się później takie restauracje były na każdym piętrze i były, po prostu, jadalniami. Na moim piętrze jadalnia nosi nazwę „Myfair Restaurant”.

                                               ***

Właśnie miałem zamiar udać się pod prysznic i zaraz potem do łóżka, kiedy usłyszałem na korytarzu chrapliwy wrzask:

-Get off you fucking bitch! Get off!

Uchyliłem drzwi i wyjrzałem na korytarz. Stała tam staruszka, ubrana bardzo elegancko i popychała pielęgniarkę, która przemawiała do niej jak do dziecko. Z kolei od strony windy nadchodził wiekowy, wysoki jegomość, który to podwijał nogawki swoich spodni to odwijał, za każdym razem przystając. Kiedy minęła mnie czarna, równie leciwa niewiasta opatulona w czerwoną, wzorzystą tkaninę, wykrzykująca co dwie sekundy: „halala”, zacząłem się zastanawiać, gdzie ja, tak naprawdę, jestem. Już miałem wrócić do siebie, gdy nagle z pokoju obok wytoczył się mały łysy człowieczek podpierający się dwiema laskami. Jedną z nich przystawił do skroni gościowi, który podwijał spodnie i krzyknął: - Bum, bum, nie żyjesz!Możliwości były dwie: albo jest to plan jakiegoś sitcomu, albo trafiłem do wariatkowa.

Układałem się właśnie do snu, kiedy drzwi powoli się otworzyły i weszła siwa kobieta w czerwonym sweterku i białych rybaczkach. Widząc moje pytające spojrzenie, szepnęła:

-Szukam swoich okularów.

Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, weszła pielęgniarka:

-Susie, co ty tu robisz?

-Szukam okularów.

-Ale to nie jest twój pokój.

-Ja wiem, ale tu mam bliżej.

Zasnąłem wreszcie.

                                                    ***

Obudziłem się o ósmej. Zastanawiałem się właśnie czy już pora wstać i wtedy ktoś zapukał do drzwi. Była to pielęgniarka. Spytała czy śniadanie zjem w pokoju, czy w jadalni. Za chwilę przyszła kolejna pytając czy mam nóż i nożyczki. Trochę mnie, to pytanie zdziwiło, ale zgodnie z prawdą odpowiedziałem twierdząco i podałem jej oba narzędzia. Wtedy poinformowała mnie, że trafią one do depozytu, a otrzymam je z powrotem, gdy będę opuszczał ośrodek. Dziwne. Czyżby wariatkowo? Oblał mnie gorący pot. Chciałem otworzyć okno, żeby ochłonąć, a tu nic, tylko wąska szpara. Wariatkowo, to pewne – odbierają ostre narzędzie, okna zablokowane, po korytarzu łażą świry. O Boże, dlaczego? Owszem miałem kiedyś depresję, ale w Anglii wszyscy mają depresję, od urodzenia, ba nawet chyba plemniki ją mają. A w szpitalu? No tak, bywałem na początku poirytowany, ale nie pokazywałem tego po sobie. Nie badał mnie żaden psycholog, ani psychiatra, mało tego miałem więcej swobody niż inni. Nawet do taryfy wypuścili mnie bez eskorty. Pomyłka! To musi być pomyłka! Ale jak mogli mnie z kimś pomylić?! Gdybym jeszcze nazywał się Smith albo Brown! Ilu Młynarskich mogło być w tym szpitalu? Przemyłem tylko twarz i udałem się do „restauracji”.

                                                            ***

To było jednak nie tylko wariatkowo, ale do tego jeszcze dom bardzo starych starców. Większość z nich sprawiała wrażenie, iż pochodzi z ery prekambryjskiej. Niektórzy rozmawiali ze sobą, inni siedzieli cicho, sprawiając wrażenie, że nie bardzo kontaktują.

Usadzono mnie przy stole z łysiejącym, szczerbatym Murzynem i małym dziaduniem, który wczoraj na korytarzu przystawił do skroni laskę innemu pensjonariuszowi, udając, że strzela. Murzyn miał na imię Hussein i pochodził z Somalii, a dziadunio był Włochem o imieniu Luciano.

Chęć na korzystanie z jadalni szybko mi przeszła, kiedy zobaczyłem, że niektórzy jedzą niezbyt estetycznie, a już dobił mnie niejaki Adrian, młody Jamajczyk – z nosa zwisał mu gil, który z uporem próbował włożyć, przy pomocy widelca, z powrotem do nosa. Mimo, że robił to sprytnie, bo próbował nawinąć jak spaghetti, sukcesu nie osiągnął.

Wracając z jadalni zauważyłem na ścianie coś w rodzaju rozkładu zajęć. Okazuje się, że jeśli ktoś chce może prowadzić aktywny tryb życia. W poniedziałki i czwartki można sobie kolorować kredkami rysunki. Są to bajki o króliczku, krasnoludku, misiu albo królewnie. Podglądałem takie zajęcia. Staruszkowie są maksymalnie skoncentrowani, jak maluchy w przedszkolu. Są też rysunki na dowolny temat. Jest więc statek „Queen Mary”, albo facet jadący na krokodylu. Oj, to chyba nie krokodyl, bo pod spodem jest podpis: „Peter na koniu w Devon”. Jest też chór raz w tygodniu, który prowadzi jakaś dziewczyna z gitarą, podobna do Joan Baez. Ale ten chór nie bardzo wychodzi, bo staruszkowie się kłócą – jedni chcą śpiewać „Over The Rainbow”, a drudzy „Blacksmitha”, a jeszcze inni „My Bonnie”.

W środy pensjonariusze z mojego piętra grają w bingo. Zasiadają w salonie, w wygodnych fotelach i z przejęciem czekają na swoje liczby. Do wygrania są pluszowe misie, małpki, wody toaletowe, lakiery do paznokci, flamastry i figurki postaci z bajek.

Sędziwa Sally wygrała już jedną małpkę i trzy misie. Małpka ma na imię Peggy, a misie, nie pamiętam. Rano Sally ścieli łóżko, kładzie na nie narzutę, sadza tam swoich podopiecznych i przystępuję do karmienia, a ponieważ one lubią dżem, więc karmi je dżemem. Później tym pluszakom trzeba prać pyszczki, bo zawsze się przy jedzeniu wybrudzą. Opiekunki mają serdecznie dosyć tych zwierzątek, ale nie są w stanie wytłumaczyć staruszce, że to tylko zabawki.

Znalazłem w internecie stronę tego ośrodka: „przeznaczony głównie dla osób starszych z demencją”. No to pięknie! Cdn.

Janusz Młynarski

Komentarze   

 
Tekla
0 #3 Tekla 2015-02-24 20:27
Serwus!
Bardzo fajnie Pan to opisał..
Pozdrowienia z Przemysla
T
Cytować
 
 
Zbyszek
+2 #2 Zbyszek 2014-10-10 20:47
Witaj Janusz.
To spaghetti na widelcu musiało być kuszące.
Ja tez niedawno byłem w szpitalu w Jarosławiu, ale bez Murzyna i trzech misi.No, może pielęgniarki były podobne.Był za to facio, co za dnia robił z a nieżywego, natomiast przez całą noc a to śpiewał, a to klął, a to znów rozmawiał ze sobą kłócąc się przy tym strasznie. Noc mijała i facio znowu stawał się nieżywy. Nie wiem,jak długo, bo wróciłem do Przemyśla.
Pozdrawiam
Zbyszek Górski
Cytować
 
 
ewa
-1 #1 ewa 2014-10-09 01:25
:lol: wesołe jest życie staruszka /była taka piosenka/ :D
Cytować
 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież