UK

Żegnaj Unio i... 3 mln miejsc pracy.

Ocena użytkowników:  / 0
SłabyŚwietny 

Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii może - zdaniem ekonomistów – oznaczać utratę 3 mln miejsc pracy i spadek dochodu narodowego o około 2 proc., może także zagrozić głównemu „przemysłowi” brytyjskiemu - londyńskiemu City, które może działać korzystając ze swobodnego dostępu na europejskie rynki finansowe. Premier David Cameron zamierza renegocjować z Unią zasady brytyjskiego członkostwa, o czym nie chcą słyszeć jego europejscy partnerzy, którym nie podoba się to, że UK wybiera z Unii to, co korzystne

odrzucając to, co im nie pasuje. Po tych negocjacjach z Unią, Cameron gotów jest dać Brytyjczykom szansę na "Britexit" w wyniku referendum. Zapowiadając renegocjacje Cameron również o pewnych restrykcjach, które nie tylko miałyby charakter jednostronny, lecz również byłyby niezgodne z prawem unijnym. Konserwatyści chcą ograniczyć turystykę zasiłkową poprzez, jak to określa brytyjska prasa, zniechęcanie do "turystyki zasiłkowej" - imigracji ludzi, którzy pracują dorywczo na czarno, by po roku zażądać zasiłków. Faktem jest, że brytyjskie państwo opiekuńcze może przyciągać jak magnes. Samotna matka z dzieckiem otrzymuje 280 funtów zasiłków tygodniowo i lokum od władz lokalnych. To właśnie masowy napływ imigrantów, a nie unijna biurokracja, jest głównym źródłem niechęci Brytyjczyków do Unii. Już za rok - czy to się komuś w Londynie podoba czy nie – Rumuni i Bułgarzy otrzymają możliwość swobodnego wjazdu na Wyspy i poszukiwania tam pracy. To horror, którym żyją przeciętni Anglicy i Walijczycy. Horror napędzany przez prawicowe media, ale nie całkowicie oderwany od rzeczywistości. Londyn przestał już być miastem rdzennych Brytyjczyków - 55 proc. jego mieszkańców to przyjezdni, urodzeni za granicą imigranci. Ogółem stanowią oni 13 proc. ludności Zjednoczonego Królestwa. A zdaniem socjologów 10 proc. to próg, po przekroczeniu którego pojawia się zjawisko ksenofobii. Obserwujący dzielnice pełne imigrantów brytyjscy wyborcy gotowi są masowo głosować na partie ograniczające imigrację i unijny "dyktat". Zjawisko ksenofobii, niezgodne z zasadą politycznej poprawności, staje się powszechne. Poseł Partii Pracy narzeka publicznie na cholernych Litwinów lub Polaków, którzy sprzedali mu na dworcu niesmacznego hamburgera, polska aktorka wraca z Wysp przerażona, że jedyne role jakie może grać to kreacje sprzątaczek lub prostytutek. Mówienie o kradzieży miejsc pracy przez wschodnich Europejczyków - kiedyś uchodzące za rażące - dziś niemal uchodzi. Partia Niepodległości UKIP zbiera w sondażach 15 proc. Więcej niż koalicyjny partner konserwatystów – liberałowie. Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii może - zdaniem ekonomistów – oznaczać utratę 3 mln miejsc pracy i spadek dochodu narodowego o około 2 proc., może także zagrozić głównemu „przemysłowi” brytyjskiemu - londyńskiemu City, które może działać korzystając ze swobodnego dostępu na europejskie rynki finansowe. Brytyjskie wpłaty do Unii, choć wyższe od zysków, stanowią mikroskopijną cząstkę dochodu narodowego. Ale co innego logika, a co innego polityka i emocje w środku kryzysu. Jak mówił bohater pewnego brytyjskiego filmu: „Zacietrzewienie może nas niekiedy prowadzić w regiony, o których istnieniu nawet nam się wcześniej nie śniło”. Brytyjczyków może wyprowadzić z Unii. O ile wcześniej nie zaczną na chłodno rachować. Gdyby Brytyjczycy głosowali dziś, spora większość około 55-60 proc. opowiedziałaby się za opuszczeniem Unii. Referendum jest jednak jeszcze bardzo odległe, przynajmniej o kilka lat - ma nastąpić po wyborach w 2015 r. (emi)