Alex Sławiński - Felieton Krytykancki

Bo od czegoś trzeba zacząć

Ocena użytkowników:  / 7
SłabyŚwietny 

Zawsze lubiłem patrzeć na ludzi pędzących świńskim truchtem na stację, w próbie zdążenia na uciekający pociąg. Bo fajnie było widzieć, że mimo wszelkich przeciwności losu: dużej odległości do przebiegnięcia, konieczności wygrzebania biletu z torebki, bądź tylnej kieszeni, przytknięcia go do leniwie otwierającej się bramki, często również pokonania schodów dzielących bramkę od peronu, minięcia niezliczonego tłumu prącego w przeciwnym kierunku etc., udawało im się dopaść do drzwi wagonu, nim się

zasunęły. Dziś raczej bardziej mnie cieszy, gdy jednak nie zdążają. Czyżby to miało oznaczać, że za długo mieszkam w Londynie, mieście które z niejednego "porządnego człowieka" zrobiło złośliwą, arogancką, nieczułą i nieużytą bestię? Hm... kto wie? Możliwe że tak. W każdym razie - w ciągu dziesięciu lat od postawienia stopy na ziemi brytyjskiej, z pewnością sporo się zmieniłem. Niestety - podejrzewam, że nie na lepsze. Niezmiennie, tak jak w pierwszy dzień mojego pobytu na Wyspach, obserwuję i poznaję otaczający mnie świat. Jednak pełne ciekawości świata (zdarzało się, że i zachwytu) "aaaaaah", wyrywające się często z moich ust na początku, obecnie coraz częściej zastępowane zostaje przez zrodzone z rozczarowania, a nierzadko i obrzydzenia "uuurgh". Bo i powodów do dezaprobaty mam raczej sporo. Począwszy od niczym nie dającego się wytłumaczyć wzrostu cen biletów w londyńskim transporcie, przy jednoczesnym drastycznym spadku jakości usług, poprzez z palca wyssane czynsze w rozwalających się budach, zwanych eufemistycznie przez wielu "domami", skończywszy na panujących w społeczeństwie brytyjskim stosunkach społecznych, bardziej przystających do czasów średniowiecza, niż współczesnej rzeczywistości. O tym właśnie nie raz (i być może do znudzenia) mam zamiar smęcić w przyszłych felietonach. Ale bynajmniej nie będę próbował naprawiać w ten sposób świata. Ktoś inny go spieprzył. Niech więc on stawia go teraz z dupy na nogi. Ja - zajmując najwygodniejszą z możliwych pozycję - ponarzekam sobie na otaczający nas syf, siedząc w głębokim, klubowym fotelu i popijając domowe winko. Może, kopnięty w zęby raz czy drugi, ktoś wreszcie się ruszy. Zrobi światową rewolucję. Nakarmi Afrykę. Albo przynajmniej wyjmie słomę z butów. Własnych, bądź cudzych. Jest więc szansa, że moja pisanina przyniesie pozytywny skutek. Sprawi, że świat stanie się piękniejszy, ludzie lepsi, a krowy zaczną dawać więcej mleka. Więc już teraz ostrzę ołówek, by - niczym koncerzem - kłuć nim w tyłek wszelakich sprawców zła na tym świecie. I odbijam pierwszą flaszkę domowego... Do zobaczenia za tydzień.

Wasz Krytykant